Ale to już było... (Listy do M. 3 2017)

16:03



Poszłam na Listy do M. 3 zachęcona pozytywnymi opiniami i... odrobinę się rozczarowałam. Ale czego można się spodziewać po 3 już części opartej na tym samym schemacie? Powtarzalności? Nudy? Czy może śmiechu i ciepełka na sercu? Wszystkiego z wymienionych! Bo Listy do M. 3 nie są filmem złym, są wszystkim tym, czego można spodziewać się po świątecznej produkcji TVN. Idealnym filmem na weekendowe popołudnie, o którym szybko zapomnimy, bo głowie i tak pobrzmiewają echa naprawdę dobrej części pierwszej.




Mamy tu dobrze znanych nam bohaterów, których poznaliśmy w poprzednich częściach. Jest Karina, która wydaje się przeżywać kryzys wieku średniego, co wyładowuje na Szczepanie. Wojtek, który nadal opłakuje śmierć ukochanej żony, przez co staje się trochę zgorzkniały, ale nie martwcie się, na ratunek przybędzie mu zaradna rudowłosa kilkunastolatka. Oczywiście nie zabraknie Mela, który razem z prawdziwą gwiazdą Listów – Kazikiem wyruszy na poszukiwanie swojego ojca. Pojawiają się oczywiście też nowe pary — tłamszona przez despotycznego męża Zuza i weterynarz o dobrym serduszku Rafał oraz funkcjonariusz Gibon zakochany w radiowym głosie pracującej z Zetce Karoliny. Miłosny patchwork działa jak za każdym razem. Jedne historie wciągają bardziej, inne mniej, czasem zawieje nudą, czasem niespodziewanie wybuchniemy śmiechem, innym razem mamy ochotę wydać rozczulone OOOOOO – zazwyczaj dzięki filmowym dzieciakom, bo to one robią największą robotę w Listach. Filmowy Kazik to jeden z lepiej napisach dziecięcych bohaterów w polskim kinie. Aż chce się go zabrać do domu, postawić obok choinki, by zabawiał znudzonych gości przy Wigilijnym stole.



Listy do M. 3 po raz kolejny sięgają po dobrze znane nam tezy – że rodzina jest najważniejsza, że trzeba słuchać głosu serca i każdy problem da się rozwiązać, jeśli ma się wsparcie w bliskich. To wszystko już było, zaprezentowane tylko w innej choreografii. Powiecie, że się czepiam – trochę tak jest. Jeśli co roku mam chodzić na film, to chciałabym, by co roku naprawdę warto było na niego iść. Jeśli co roku tworzymy kolejną część dobrze znanej nam historii, niech wprowadza jakiś nowy, świeży element. Twórcy osiedli na laurach, skoro poprzednie części się sprzedały – weźmy te same składniki, wymieszajmy i zaserwujmy podobne danie, tylko w lekko zmienionej formie. To tak jakbyście jednego dnia robili na obiad makaron z warzywami, a na drugi zapiekankę makaronową z resztek. Niby smacznie, ale nie Gordon Ramsay kręciłby nosem na brak finezji.

Spodziewam się, że czekają nas co najmniej jeszcze ze 3 kolejne części listowych miłostek, będą to wypuszczać, dopóki my będziemy na to chodzić. I wcale się nie dziwię – hajs musi się zgadzać, a nam w czasie jesiennych, ponurych wieczorów potrzeba odrobiny świątecznej magii. Idźcie więc na Listy do M. 3 i bawcie się (w miarę) dobrze, ale nie oczekujcie, że zakochacie się w nich tak jak w Love Actually.


You Might Also Like

0 komentarze

Dziękuję za Twój komentarz i zapraszam ponownie.

Instagram

Follow Us