Blogerskie podsumowanie marca

09:49


Marcowe premiery okiem naszej blogerskiej ekipy już są! Z małą obsuwą, ale poniżej to, co udało nam się zobaczyć :) 

LADY BIRD



Emilia: Ogląda się to całkiem przyjemnie, choć mi trudno utożsamić się z ekranowymi problemami. Bunt za wszelką cenę, konflikty z matką i pierwsze miłostki. Kolejny film coming of age. Niby nic nowego, ale jakąś świeżość czuć, być może dzięki sprawnemu prowadzeniu aktorów przez Grete Gerwig... warto zobaczyć, choć nie jest to seans obowiązkowy.

Agata: Ja tam tego typu nastolatką nie byłam. Zatarć z mamą nie miałam. Obok filmu przeszłam totalnie obojętnie. Chociaż to i tak sukces, bo mając na uwadze moją niechęć do Grety Gerwig na ekranie, to po drugiej stronie kamery akceptuję ją zdecydowanie bardziej. 

Michał: To jeden z tych filmów, które ogląda się całkiem nieźle, jednak po pięciu minutach po zakończeniu seansu nic się z projekcji nie pamięta. Fajna rólka Sjerszy, fajne dialogi (chyba, bo już nie do końca pamiętam), fajna muzyczka (chyba, bo już nie do końca pamiętam) – dobre na czas niedzielnego obiadku w gronie rodzinnym.

Grzegorz: Greta Gerwig jest mistrzem. Pieprzonym mistrzem kina. „Lady Bird” to opowieść o dorastaniu, relacjach z rodzicami i rówieśnikami, poszukiwaniu pasji i sensu w życiu. Tak bardzo chcę, aby każdy obejrzał ten film, że boję się cokolwiek o nim zdradzić – każde słowo może okazać się spoilerem. Genialna obsada z Saoirse Ronan na czele, błyskotliwe teksty o banałach i życiowych prawdach, idealnie dopasowana ścieżka dźwiękowa to jedne z niezliczonych zalet tego filmu. Gerwig ponownie trafia w serce odbiorcy – każdy z nas był zagubiony jak tytułowa bohaterka. To daje ulgę i nadzieję na przyszłość.


Jestem najlepsza, ja Tonya


Emilia: Margot potrafi czarować, nie ważne czy wymalowana w sexy ciuszkach, czy z tanią trwałą na głowie, znoszonej kurtce i z papierosem w ustach. Niesamowite w tym filmie jest to, że pod warstwą kolejnej historii sportowego upadku mamy pełnokrwisty dramat z wątkami kryminalnymi. Trzyma przed ekranem i nie pozwala się nudzić. Takie kino lubię, które potrafi zaskoczyć, bo cóż z tego że totalnie nie obchodzi mnie łyżwiarstwo figurowe, skoro po tym filmie stałam się fanką Tonyi :)

Agata: Przede wszystkim: ciekawa historia ciekawej postaci. Margot Robbie, jak zwykle, przyciąga wzrok i głównie ze względu na nią warto ten film obejrzeć. Niby nie ma do czego się przyczepić, ale też nic ponadprzeciętnego w trakcie seansu nie zobaczyłam. Po prostu – niezły. 

Monika: Pewnie wszyscy mieli jeden i tylko jeden problem z tym filmem - niemożność odwrócenia wzroku od Margot. I choć można by wypatrzeć małe dziury w scenariuszu, to całość ogląda się z ogromnym zainteresowaniem. 

Michał: Ktoś tu chciał stworzyć coś w stylu „Wilka z Wall Street”, ale nie pykło. No, przynajmniej nie do końca. Wybitności kreacji Margot Robbie nikt nie zaprzeczy, reszta jest niezła, choć ociera się o średniość. Parę świetnych scen, parę dłużyzn, często akcja się nie klei, chemii między bohaterami zbyt wiele nie ma. Miała być nietypowa biografia, wyszło średnio. Szkoda, że przez przeciętność produkcji, tak mało mówi się o wielkiej kreacji Margot…

Grzegorz: Nietypowa biografia, nietypowej łyżwiarki. Historia Tonyi Harding została przedstawiona z perspektywy kilku osób – widz nie dostaje jednostronnej wersji wydarzeń. Musi skonfrontować kilka punktów widzenia i samodzielnie dojść do wniosków. Dramaturgia zgrabnie budowana, miłe popisy aktorskie. Głównym sukcesem jest chyba sposób przeprowadzania narracji – przełamywanie czwartej ściany, odtworzenie telewizyjnych wywiadów. Film petarda. Tylko Oscara dla Allison Janney żal.



Czerwona Jaskółka



Emilia: Zdecydowana większość recenzji zarzuca filmowi nudę, a ja o dziwo wcale się nie znudziłam nawet na chwile. JLaw juz mi się trochę opatrzyła, mimo to jej rola w czerwonej jaskółce zasługuje na propsy. Sama historia zalicza kilka ostrych zwrotów akcji, do tego stopnia, że widz zaczyna się gubić w filmowej akcji, ale to tylko działa na plus. Niewiadoma wzmaga ciekawość. Przynajmniej u mnie.

Agata: Mdła fabuła „rekompensowana” drastycznymi scenami, a całkiem cwane zakończenie nie poprawia ogólnego wrażenie po miałkim i przynudnawym seansie, który trwał całe wieki. Poza tym, Jennifer Lawrence to już trochę przeżytek, co w sumie jest swego rodzaju fenomenem zważając na jej wiek.
Michał: Długi, nudny, bez wyrazu. Oczekiwałem fajnego filmu szpiegowskiego, a otrzymałem hollywoodzki szmelc, który powstał po to, by powstać. Głupota goni głupotę, każda kolejna scena jest coraz bardziej irytująca, a duetu Lawrence-Edgerton nie da się strawić. Początek zapowiadał, że może coś z tego wyjdzie, finalnie jednak w czasie projekcji czujecie się tak, jakby Was ktoś usypiał co chwilę chloroformem. Omińcie! Zdecydowanie!

Kobieta Sukcesu



Emilia: Wnioski po seansie „Kobiety sukcesu”: Jak się hajs zgadza, to się pierścionek na palcu nie zgadza... ;)
Czyżby moda na silne singielki mijała? Wychodzi na to, że całe życie kobiet kręci się wokół facetów... A kobiety, które naprawdę odnoszą sukces to zimne żmije. Feminizm odchodzi do lamusa?

Agata: To, że polska komedia romantyczna jest nieszkodliwa i niegodząca zbytnio w inteligencję widza, to już spory sukces. Kolejny film wyprodukowany zgodnie z szablonem: jest różowo – przestaje być różowo i pojawia się intryga – nadal nie jest różowo i pojawia się drama – jest różowo i happy end.
Monika: Szczerze, to więcej emocji przysporzyła mi kłótnia z babką przed filmem, o to, czy mój bilet elektroniczny to prawdziwy bilet i czy musi mi zejść z miejsca.  To przynajmniej pamiętam.  Właściwie nie wiem o czym ten film był.  I jak bohaterce uchodziło na sucho praktycznie wszystko.  

Michał: Kolejny, typowy, polski film romantyczny. O dziwo, da się jednak przetrwać seans. Ma parę fajnych scen, jednak to i tak, dalej, sztampowa produkcja jakich wiele. Aktorzy są typowi, scenariusz jest typowy, muzyka też jest typowa – film ma jednak jeden plus: fajnego pieska ;) Jeśli widzieliście jeden polski film romantyczny, widzieliście również i ten.

Madame


Agata: Gdyby zrobić z tego krótkometrażówkę i zamieścić w niej jedynie scenę kolacji, to mielibyśmy naprawdę świetną komedię. Niestety, później sprzątnięto ze stołu i już było pozamiatane – nudny dramat kompletnie nie pasował do tej dobrze zapowiadającej się, lekkiej i uroczej fabuły. 

Michał: Bardzo dziwny przypadek. Film reklamowany jako komedia, przez pierwsze 20/30 minut faktycznie bawi. Prawie do łez! Potem jednak „Madame” zamienia się w jakiś podrzędny dramat, który powoduje, że uczucie nudy atakuje nas ze wszystkich stron. To była fatalna decyzja – gdyby film pozostał do końca komedią, byłoby fajnie! A tak, potencjał został na maxa zmarnowany…


Wieczór gier


Michał: Komedia? W którym miejscu? Na filmie zaśmiałem się jeden/dwa razy, jednak nie mogę powiedzieć, że się wynudziłem. Owszem, jest to totalny przeciętniak, jednak dzięki fajnym zwrotom akcji oraz naprawdę fajnej McAdams seans mija całkiem sprawnie. Trudno jednak ten film polecać – znajdziecie miliony ciekawszych produkcji, które pomogą Wam w zabiciu czasu.


Nieznajomi: Ofiarowanie


Michał: Początkowe minuty wyraźnie wskazują, że twórcy chcieli oddać hołd Mistrzowi Carpenterowi – bardzo podobna muzyka, podobnie wykadrowane ujęcia. To mnie kupiło! Szkoda tylko, że potem wszystko się rypie, a film staje się zwykłym slasherem, bo horrorem trudno to nazwać. To produkcja, jakich teraz, niestety wiele. Szkoda, bo mogli podciągnąć „carpenteryzmy” bardziej – może by to wypaliło?

Bliskość


Agata: Zbyt lokalny, rosyjski dramat, bym była w stanie wczuć się w jego klimat i zaangażować emocjonalnie. Całe szczęście, bo depresyjna, ciemna rzeczywistość kałkazkiej społeczności, konfliktów etnicznych, w połączeniu z żydowskimi tradycjami, porwaniami dla okupów, aranżowaniem małżeństw, niemożnością wyrażania siebie i swoich poglądów potrafiła naprawdę solidnie namieszać w głowie i popsuć humor na resztę dnia. Co jest w sumie zaletą, gdy mowa o dramacie. Poza tym – genialnie zagrany. 


Boski porządek 


Agata: Jeden z lepszych filmów, jaki obejrzałam w trakcie zeszłorocznej edycji Nic Się Tu Nie Dzieje w Poznaniu, wreszcie trafił do szerokiej dystrybucji. Chociaż... wróć! Nie takiej szerokiej, bo chyba można go było zobaczyć dosłownie w kilku kinach studyjnych w kraju. Nieważne. Ważne, że warto na niego zwrócić uwagę, bo historia szwajcarskich kobiet walczących o prawa wyborcze została przedstawiona w ciekawy, nienadęty, niepatetycznohollywoodzki sposób. Kameralne kino o monumentalnych wydarzeniach. 


Pitbull. Ostatni pies


Agata: Obejrzałam dwa razy. Za pierwszym stwierdziłam, że jest po prostu spoko, ale zadziałał na mnie Efekt Pasikowskiego (czytaj: wpadłam w poważny nastrój). Za drugim stwierdziłam, że to naprawdę bardzo dobry sensacyjniak z niesamowicie zgrabnie rozpisaną fabułą, wciągającą zagwostką, dobrym aktorstwem (Dorociński aka Despero) i świetnymi dialogami (Stroiński aka Metyl). I tę właśnie opinię teraz propaguję. 

Michał: Pasikowski jest królem - „Ostatni Pies” to „Pitbull” jakiego oczekiwaliśmy! Trzymający się kupy scenariusz, świetne dialogi, rewelacyjna muzyka, dynamiczna akcja - WOW! Reżyser odszedł od wulgarnego stylu Vegi (gratuluję Węży za „Botoks” – w pełni zasłużone!), postawił bardziej na styl kina sensacyjnego lat 90 XX wieku – eksperyment udał się w stu procentach. Dlaczego nie wspomniałem o aktorach? Bo zasługują na osobne miejsce. Dorociński rządzi jak zawsze, Mohr i Stroiński wybornie mu partnerują, Woronowicz nie irytuje (co jest szokiem), a Doda, o dziwo, całkiem dobrze czuje swoją rolę i jak na pełnoprawny debiut ekranowy poradziła sobie naprawdę zacnie (ultraszok!). Chyba nie muszę dodawać, iż w starciu „Pitbull” – „Kobiety Mafii” to Pasikowski znokautował Vegę i to już w pierwszej sekundzie. Szkoda, że polski naród woli oglądać w kinach film, w którym co drugie słowo słyszy „kur.a”…

Grzegorz: Poprzednie części oglądało się dobrze, ale raczej przypominały popowe teledyski, a nie kino akcji. Były dynamiczne, widowiskowe, ale wątki się urywały i momentami uciekały od logiki do absurdu. Władysław Pasikowski tworzy rasowe kino akcji – używa dobrego scenariusza i zdolnych aktorów, a nie nieuzasadnionych przekleństw i brutalności. Wraca stara ekipa z Dorocińskim na czele – chyba nie jest zaskoczeniem, że są świetni. Może nie odkryciem, ale dużym plusem jest rola Dody. Hejterom przypomnę – mówiłem, że tak będzie. Nowy „Pitbull” to świetna zabawa, która wymaga użycia kilku szarych komórek. Na szczęście. 

Monika: Wstyd i hańba, że ten obraz miał mniejsze otwarcie niż Kobiety Mafii. Widać, że z dobrym dramatem zawsze wygra Dlaczego.  Doda mnie pozytywnie zaskoczyła, uwierzyłam w jej wysokie IQ. Aktorsko ten film jest takim super powrotem do korzeni. Całość bardzo dobra z małym minusem. 

Marlina: Zbrodnia w czterech aktach 



Agata: Motyw krwawej zemsty, której dopuściła się samotna, teoretycznie bezbronna kobieta. To mogło być ciekawe, mocne, niewyświechtane jeszcze kino. Ostatecznie wyszły flaki, ale nie z bebechów, a z olejem. 
Michał: Twórcy zapragnęli stworzyć spaghetti-western, jednak na pragnieniach się skończyło. Sceny początkowe całkiem nieźle odwołują się do tego gatunku, potem jednak dzieło to zmienia się w przewidywalną, a co grosze turbonudną, opowiastkę o niczym. Potencjał był, jednak zabrakło wykończenia i doświadczenia.


Pacific Rim: Rebelia



Michał: Kontynuacja filmu del Toro skazywana była przeze mnie, początkowo, na klęskę. Każdy kolejny trailer wróżył jednak, że to może, mimo wszystko się udać. I ostatecznie… się udało! Owszem, film jest minimalnie słabszy niż „jedynka”, jednak i tak dostarcza ogromną ilość rozrywki. Potworki są świetne, walki efekciarskie, a bohaterowie, nadspodziewanie, przyjemni. Boyega naprawdę daje radę, Eastwood fajnie mu partneruje – aż szkoda, że za aktorami nie poszli scenarzyści i fabuła jest tak głupia, że czasem brakuje słów. Film warto zobaczyć w 3D w IMAXie – robi tam naprawdę dobre wrażenie!


Wieża. Jasny Dzień



Michał: Film, który miał być objawieniem, totalnie mi nie podszedł. To kino dziwne, specyficzne i moim zdaniem przesadnie oparte na metaforach. Trudno tu znaleźć punkt zaczepienia, co ponoć było zamiarem twórców – podobno każdy widz, co najmniej, przez tydzień rozkminia o czym była ta produkcja. Ja zakończyłem tę rozkminę już na napisach końcowych – przepraszam twórców, ale, mimo, że do pewnego momentu film mi się podobał, tak potem coraz bardziej się irytowałem. Nie kupuję takich produkcji, choć znajdą się osoby, które będą zachwycone.

Agata: Nie zrozumiałam go, ale jako usprawiedliwienie dodam, że aktorka grająca jedną z głównych ról, w trakcie spotkania z widzami po projekcji filmu powiedziała nam, że też go nie rozumie. Czyli ok, nie jestem głupia. (Oceny nie wystawiłam)


Daddy Cool



Agata: Pierwsza połowa naprawdę bardzo dobra. Nianiek trolujący swoich dzieciatych podopiecznych zawsze w cenie. Druga połowa zrobiona na poważnie i zbyt problematycznie. Szkoda. 

Michał: Film ten jest genialną komedią… do pewnego momentu. Nie wiem co odwaliło twórcom, że już, mniej więcej, w połowie projekcji postanowili, że magicznie ze śmiechów przechodzimy w dramę. I to w tę słabiutką, schematyczną dramę, której nie jest się w stanie znieść. DLACZEGO?! Dlaczego nie mogliśmy pośmiać się z bachorków do końca filmu?! Ehhh, ogromna szkoda…

Monika: Choć doceniam maski tlenowe przy przewijaniu dziecka i dziwnie skonstruowaną smycz - to akurat są rzeczy niezbędne. Jednak słaby dramat w obliczu fajnej komedii już nie. Szkoda, że nie pozostał jedynie komedią. No i gwarancja nucenia Daddy Cool po seansie.



PODSUMOWANIE LICZBOWE:



Opinie przygotowali:

Grzegorz z WELUR&poliester
I Ja :)

You Might Also Like

0 komentarze